Trochę o Brukseli, czyli co słychać u byłego premiera?

Wyjazd do Brukseli, był jednym z najbardziej niespodziewanych w moim życiu. Uczelnia zaproponowała nam krótkoterminowy staż. Chętnych było wielu, lecz mało komu chciało się chodzić na spotkania organizacyjne. Koniec końców, przychodzi do nas doktorant i informuje o ostatnich 5 wolnych miejscach. Nie wahałem się ani sekundy, pobiegłem zapłaciłem i 2 tygodnie pózniej jechałem do stolicy Europy

Ekskluzywny autokar, wszędzie dookoła garnitury a z przodu śmietanka towarzyska, czyli najbardziej pogodni i rozrywkowi doktorzy naszej uczelni.

Dzień pierwszy – Holandia. Tu dowiedzieliśmy się ile rzeczy może powstać z jednego małego ziemniaczka. Krótkie wykłady oczywiscie w języku angielskim, prezent od Holenderskiego św. Mikołaja, pamiątkowe foto i ruszamy w dalszą drogę.

Pod wieczór – Bruksela. Hostel na poziomie europejskim, aczkolwiek europejskim z ubiegłego stulecia, ale do przeżycia. Nocą zwiedzanie Brukseli a od rana mnóstwo spotkań. Kolejny dzień ? Identyczny.

(cdn.)

Advertisements

Hiszpania 2014, czyli jak przetrwać na dwutygodniowej imprezie?

Kolejną częścią tych wakacji był wyjazd do Lloret de Mar w Hiszpanii. Świetna ekipa, świetne miejsce i chyba najlepsze wakacje w moim życiu.

Podczas wyjazdu mieliśmy wiele okazji zwiedzenia różnych zakamarków Hiszpanii – od Lloret przez Tosca de Mar aż do Barcelony.

Co z tego wyjazdu zapamiętam ? Myślę że przede wszystkim nowo poznanych ludzi, z którymi kontakt mam aż do dziś i jak się okażę z pewną osobą spotkam się w 2017 roku.

(cdn.)

Sycylia, Rzym, Pompeje… zastanawiam się gdzie jeszcze poniesie mnie 2015 rok…

Myśle, że to idealny moment aby pozdrowić dwie osoby bez których ten wyjazd by się nie udał, Panią Parasolkę i strażnika wyjazdu panią Beti.

Zaczęliśmy Parkiem rozrywki koło Ravenny, potem czas na autokarową saunę, żeby po kolejnych 12h dotrzeć do San Saba na Sycylii. A tam co? Smażing, plażing i doskonalenie mojego francuskiego.

(cdn.)

Paris sera toujours Paris 2014

PODRÓŻ:
Szybko chyba nie przesiądę się na samolot… Autokar jak zawszę! Anetka… jest! Stokłosa…jest! No i… Pan Kazmierz…też jest! Paczka idealna. Nic dodać, nic ująć… na razie 😉 Drugi raz przekraczam granicę polsko-niemiecką i znowu okazuje się, że mój Deutsch nie jest taki zły jak myślałem. Podróż mijała dość szybko. Dziwne towarzystwo z tyłu autokaru, okazało się być najlepszym do późniejszych imprez. Na domiar domniemanego złego, jakże utalentowany chłopak po środku autokaru dawał różnorakie koncerty. Pierwsza myśl ? Brał coś. Nie ma opcji… Jednak chyba jednak na świecie są ludzie, których nikt nigdy nie ogarnie.

PIERSZE WRAŻENIE:
Piękna autostrada, obwodnica na obrzeżach, których nazw za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, i duuuży ruch. To miasto ewidentnie ma klimat.

POBYT:
Dwa tak ważne dni, mineły jak kilka godzin. Największe marzenie każdego nastolatka – Paryż, nareszcie mogę odznaczyć z listy do zrobienia przed trzydziestką. Zaczeliśmy od Montmartru. Śnieżnobiała jak zęby z reklamy Colgate – Bazylika Sacre Couer, panorama Paryża i kolejny koncert naszego przyjaciela z autokaru. Tym razem na pianinie. To było coś! Kręciwszy sie po wzgórzu, powoli schodziliśmy na Pigalle. Tam pierwszy test mojego francuskiego. Czas na przerwę, czas na kartki. “Pardon, Avez-vous des timbres?” Udało się. Lekkie zdziwko, ludzi z autokaru, że jednak ktoś się z “żabojadami” dogaduje i lecimy dalej. Czas coś zjeść. Ale jak to na polaków – cebulaków przystało wszystko dla nas jest zbyt drogie. Kupimy sobie naleśniki bo najtaniej pewnie wyjdzie, ale tu pojawia się tytułowy problem… “Ale jak były naleśniki po francusku…” Od restauracji do restauracji, chodzimy i szukamy czegoś co mogłoby mnie natchnąć. W końcu się u dało. Les Crepes! Na skrzyowaniu obrót 180 stopni i oto jest. Typowo francuska, idealna restauracja w której można by wydać nasze euraki – Au Randez-vous des Artistes. “Bonjour, Je voudrais… – A wy z Polski? – Boże. To pani zna Polski ?!” I tak przydały się 4 lekcje z zachowania w restauracji na francuskim. 2 naleśniki z nutellą, francuskie piwo i okazuje sie że za ten klimacik jestem w stanie dać każde pieniądze. Mały shopping w Carrefourze i ruszamy dalej w Paryż…


Więcej o Paryżu Paris by Wikipedia

Bułgaria 2012 i powtórka z podstawówki do kwadratu

Myślałem, że to zeszłoroczny wyjazd do Grecji sprawił, że czułem się jak dzieciak, nieumiejący czytać, ale dwa tygodnie w Bułgarii przekonały mnie, że rozumienie ze słuchu jako tako mam opanowane, ale czytanie chyba mi nie wychodzi.

Wszędzie dookoła cyrylica. 2 tygodnie rodzinnego wyjazdu i pierwszy raz głównym tłumaczem jest moja mama. Zakupy bez Niej nie wchodzą w grę. Produkty tylko po bułgarsku a angielski tu chyba jeszcze nie dotarł.

Wakacje nie były tak upalne, jak te pierwsze greckie, lecz opalenizna została na długo. Myślę, że gdyby nie moja kuzynka z rodziną i przebojowa ciocia, zanudzilibyśmy się na śmierć.

Pomimo wielu miłych wspomnień wyjazd nie jest przez nas wspominany jako udany. Dlaczego? Powód jest prosty. Złodziei w Warnie nie brakuje o czym przekonała się kuzynka mojej mamy.

(cdn.)

Londyn 2012, czyli szybki kurs angielskiego w praktyce.

Wycieczka szkolna i długa podróż w autokarze, to najlepsze co mogło mnie spotkać w gimnazjum. Z pewnością będę miał co wspominać na statość. Po pierwsze wyborne towarzystwo, po drugie urwany podnóżek, a po trzecie podróż przez Eurotunnel.
Ruch lewostronny, małe jednorodzinne domki i mnóstwo Mini Couper’ów to pierwsze co zobaczyłem opuszczając Eurotunnel, będąc na terytorium Wielkiej Brytanii. Coś w tym jest- pomyślałem, widząc całkiem inny świat.

Trudno opisać emocje, które towarzyszyły mi przez cały wyjazd. Londyn jest miastem niezwykłym. Ma swój klimat, który aby zrozumieć trzeba przeżyć. Moje pierwsze multikulturowe miasto, gdzie można spotkać cały świat.

(cdn.)

 

Grecja 2011, czyli szybki powrót do czasów podstawówki…?

Moja podróż do Grecji, skojarzyła mi się z powrotem do 1 klasy podstawówki. Dlaczego ? Odpowiedź jest prosta… cyrylica na Serbii i grecki alfabet.

Pierwsza daleka podróż chyba każdemu zapada głęboko w pamięć. Dopóki nie przekroczylismy granicy macedońsko-greckiej, trudno było mi uwierzyć w to, że wkońcu wyrwałem się po za obszar krajów słowiańskich. Grecja… upalne miejsce na ziemi, gdzie rządzi siesta.

20’C W autokarze, po opuszczeniu go, żarówka. Godzina 8 rano i juz 30 stopni w słońcu. To mi sie podoba! Patrząc na roślinność… wszystko co nie pielęgnowane ręką ludzką – uschnięte. Teraz pora tylko przetestować mój łamany angielski!

Spokój, słona woda i loukoumades. Te trzy rzeczy idealnie moim zdaniem opisują Grecje. Grecy są na ogół spokojni, chętni do pomocy ale też wyznają zasadę “Co masz zrobić dziś zrób pojutrze…” Słona woda ? Niby nic specjalnego, ale ta z morza Egejskiego, kiedy pierwszy raz dostanie ci się do ust, naprawdę potrafi zmienić twój wyraz twarzy. I “pączki do rączki” czyli greckie loukoumades. Nic nie smakuje lepiej w południe niż ciepły grecki pączuszek w miodzie czy rozpływający się w ustach pączek z nutellą.